Etyka tłumacza w kontekście automatyzacji procesu przekładu

Niewielu tłumaczy pracuje obecnie wyłącznie z użyciem tradycyjnych narzędzi, takich jak słowniki książkowe. Większość korzysta ze zdobyczy techniki, które naprawdę skutecznie wspomagają proces przekładu, poprawiają jakość i przyspieszają realizację zleceń. Pamięci tłumaczeniowe, korpusy językowe, słowniki online lub tworzone na własne potrzeby w specjalnych programach, narzędzia CAT – wszystko to służy jednej rzeczy: ułatwieniu pracy nad tekstem. Pojawia się tu jednak pytanie: na jaki stopień automatyzacji tłumaczenia można sobie pozwolić, żeby pozostać w zgodzie z etyką zawodu?

Nie można ignorować technologii, jeżeli chce się utrzymać na rynku

Coraz więcej tłumaczy swoją pracę opiera na nowoczesnych technikach komputerowych, korzystając z bogatej oferty profesjonalnych programów. Każdy z nich ułatwia realizację zlecenia – co nie znaczy absolutnie, że zupełnie wyręcza swojego użytkownika. Nawet najlepsza aplikacja nie jest w stanie sprostać kontekstom czy uwarunkowaniom kulturowym. Do tego nadal niezbędny jest żywy człowiek.

Gdyby istniało idealne oprogramowanie do tłumaczenia, prawdopodobnie musiałoby:

  • zawierać bazę danych całego współczesnego, ale i historycznego słownictwa, zarówno potocznego, jak i formalnego;
  • rozróżniać kontekst wypowiedzi i dobierać do niego odpowiednie znaczenia słów czy zwrotów;
  • stosować odpowiednie do znaczenia i stylu tekstu formy wypowiedzi;
  • tłumaczyć zdanie po zdaniu, z zachowaniem jednak wszelkich zasad stylistycznych, ortograficznych i interpunkcyjnych.

Takiego ideału nie ma i jeszcze długo nie będzie, toteż nie ma powodu stresować się etyczną stroną korzystania z programów wspomagających tłumaczenie. Nadal najistotniejsze w przekładzie działania należą do człowieka – to on określa kontekst, dokonuje wyboru odpowiednich środków stylistycznych, wyszukuje we własnej „bazie danych” prawidłowe formy wypowiedzi. Bez niego przekład byłby zupełnie nieczytelny dla odbiorcy.

Można zresztą sprawdzić, jak oprogramowanie radzi sobie bez „pomocy” tłumacza

Wystarczy wypróbować którykolwiek z internetowych translatorów: skopiować do niego dowolny obcojęzyczny tekst i sprawdzić rezultat tłumaczenia. Prawdopodobnie będzie tyleż zabawny, co bezużyteczny. Tak właśnie wygląda przekład automatyczny – i dlatego to człowiek, nie komputer, jest niezbędnym dla uzyskania dobrego efektu „narzędziem”.

Zupełnie inaczej wygląda korzystanie z oprogramowania, którego zadaniem jest jedynie wspomagać pracę tłumacza: przechowywać bazę użytecznych słów i zwrotów, zapewniać jednolitość przekładu, podpowiadać gotowe sekwencje tekstu, wyszukiwać typowe użycie wyrazu w danym kontekście, sprawdzać poprawność stylistyczną czy ortograficzną. Takie aplikacje bardzo ułatwiają i przyspieszają wykonanie zlecenia, absolutnie jednak nie tworzą go mechanicznie.

Skąd więc biorą się wątpliwości natury etycznej?

Większość pytań tej natury pojawia się podczas… wystawiania klientowi rachunku. Sam tłumacz często nie jest do końca pewien, czy równie dobrze poradziłby sobie ze zleceniem, gdyby nie korzystał z nowoczesnych technologii. Czy jego własne doświadczenie, pamięć nie wspomagana komputerem i zdolność wychwytywania błędów, byłyby wystarczające?

Wątpliwości mogą się pojawiać, ale są bezzasadne. Żaden program nie wykonuje przekładu samodzielnie. Większość pracy jest zdolny wykonać tylko człowiek. Przyspieszenie tłumaczenia i poprawa jego jakości jest natomiast całkowicie etyczna, działa bowiem na korzyść klienta.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *