Slang polamerykański, czyli efekty mieszania się języków

Język polski i angielski funkcjonują w naszym kraju obok siebie w bardzo specyficzny sposób. Częste są zapożyczenia, np. dotyczące nazw stanowisk, określeń typowo biznesowych, a nawet popularnych powiedzonek „ściągniętych” z amerykańskich filmów czy z Internetu. Powstał w ten sposób specyficzny slang, zwany „polamerykańskim” – obejmuje on wszelkiego rodzaju wyrazy, zwroty, których elementem konstruktywnym jest spolszczony wyraz lub zwrot języka angielskiego.

Przenikanie się języków tworzy charakterystyczny żargon

Twórcami polamerykańskiego są przede wszystkim Polacy mieszkający od wielu lat w Stanach Zjednoczonych czy Wielkiej Brytanii, czyli wszędzie tam, gdzie język angielski jest elementem kultury. Duży udział w jego powstaniu mają też jednak na przykład pracownicy międzynarodowych korporacji, gdzie oba języki są niejako równolegle używane i określenia w nich stosowane mieszają się w sposób naturalny w trakcie luźnych czy formalnych rozmów.

Tego rodzaju przenikanie się obcej i rodzimej mowy związane jest z dynamiką języka w ogóle. Postęp cywilizacyjny, zwłaszcza w szybko rozwijających się dziedzinach technicznych, wymusza stosowanie międzynarodowej terminologii, a więc także obcojęzycznych wyrazów i zwrotów.

Wydaje się jednak, że akurat przypadek slangu polamerykańskiego jest swoistym nadużyciem tego zjawiska. Bawi to być może przeciętnego Kowalskiego, zatrważa jednak filologa, lingwistę, tłumacza.

Polamerykański w tym kontekście jest też wyjątkiem od powszechniej zasady, że języka najlepiej jest nauczyć się, przebywając za granicą. Używane w nim różnego typu „lingwistyczne kwiatki” potrafią bowiem skutecznie skrzywić obraz angielskiego, utrudniając mocno tym samym jego naukę.

Społeczności internetowe zaczynają tworzyć bazy danych, które stają się doskonałym materiałem słownikowym – jednym z lepszych przykładów jest Ponglish.org:
http://www.ponglish.org/o_slowniku.html

Spolszczanie języka angielskiego a kondycja naszej ojczystej mowy

Wydaje się, że różnego rodzaju zapożyczenia, które nie są uzasadnione na przykład rozwojem technologii i koniecznością tworzenia nowych określeń, nie wpływają pozytywnie na nasz rodzimy język. Trzeba tu jednak zaznaczyć, że to również jest jeden z naturalnych procesów lingwistycznych, a wynika po prostu z faktu, iż język jest tworem dynamicznym, nie stałym.

Patrząc na polamerykański jako „wyrodne dziecko” emigracji, analizując znaczenie poszczególnych słów, trudno się czasami nie roześmiać słysząc na przykład takie wyrażenia, użyte całkowicie poważnie w normalnej rozmowie:

  • Dostałem tiket na hajłeju za spida.
  • Muszę lecieć wyhooverować housa.
  • Musze jeszcze się zszałerować. (wziąć prysznic)
  • Jutro kończy mi się permit na parking.
  • Rodzice od roku mieszkają w Glasgowicach.
  • (w Glasgow – miasto szkockie)

Wszyscy chyba zresztą znamy kultowy już niemal tekst:

    – Dokąd jedziesz?
    – Do Lądka Zdroju

Doczekał się on zresztą innych, równie zabawnych wersji – na przykład:

– Co tam słychać w Wątrobowie? (Liverpool)

Można powiedzieć, że slang polamerykański jest tworem na pograniczu humoreski i naturalnych procesów zmian, jakim ulega język. Prawdopodobnie, zważywszy na coraz większy udział angielskiego w codziennym życiu w Polsce, doczekamy się dalszych zabawnych zapożyczeń.

Możliwe też jednak, że część z nich faktycznie na stałe wejdzie w końcu do naszej codziennej mowy i następne pokolenia będą szczerze zaskoczone, że któryś z zabawnych dla nas w tej chwili wyrazów – wcale nie jest polskiego pochodzenia.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *