Idealny program do tłumaczenia

Na jednym z blogów dotyczących pisania prac naukowych, spotkałem się z wpisem na temat programów, które pozwalają na najlepsze pisanie. Autor przedstawił w nim kilka najpopularniejszych procesorów tekstu, stwierdzając autorytatywnie, że tylko niektóre z nich nadają się do profesjonalnej edycji. Dodatkowo, jedna z aplikacji została uznana za coś więcej, niż procesor tekstu – nazwano ją mianem „profesjonalnego studium pisarskiego”. Wpis wywołał dyskusję, w której część osób twierdziło, że do stworzenia dobrego dzieła, wystarczy notatnik, natomiast reszta – że w XXI wieku pisanie w prostym edytorze, jest równie głupie, jak używanie gęsiego pióra …

Jeszcze poważniejszy spór technologiczny toczą dziś tłumacze – o ile większość procesorów tekstu (zwanych popularnie, a nieprawidłowo edytorami) pozwala na to samo (czyli pisanie tekstu), to programy dla tłumaczy wyposażone są w coraz to więcej opcji. Odpowiadają one zarówno za segmentację tekstu, jak i wycenę, tworzenie projektów, używanie słowników i glosariuszy i tysiące innych pomocy. Warto się zastanowić, czy potrzebujemy tych wszystkich opcji i czy życie bez nich nie byłoby łatwiejsze.

1.Sprawdź, jaka jest ilość problemów generowanych przez program.

Każda kolejna opcja dodawana do programu do tłumaczeń sprawia, że zajmuje on coraz więcej miejsca na dysku, wymaga coraz mocniejszego komputera (spróbuj włączyć na swoim kilkuletnim laptopie najnowsze SDL Studio Trados) i może powodować więcej błędów. Moim zdaniem, jeśli dana aplikacja często powoduje błędy, a nie daje oczywistych zysków (w postaci zaoszczędzonego czasu), powinna być jak najszybciej usunięta. Stosujmy się do zasady – komputer ma służyć użytkownikom, a nie użytkownik komputerowi.

Jeśli złapiesz się na tym, że cały czas próbujesz rozwiązać problemy wygenerowane przez komputer, zamiast pracować, może przyszedł właśnie czas na zmianę podejścia… Przykładowo – wyobraź sobie, że instalujesz nowy, bardzo nowoczesny i darmowy (!) program CAT, który według autora, może stanowić alternatywę dla memoQ czy też innego programu komercyjnego. Mimo tych zapewnień, program zaczyna z niezrozumiałego powodu się zawieszać lub też nie chce się zainstalować, co zmusza Cię, do poświęcania czasu na szukanie rozwiązań błędu. Moim zdaniem, znacznie tańszym (w przeliczeniu na godziny pracy) rozwiązaniem jest zakup komercyjnego CATa, który posiada dopracowane opcje.

2. Czy potrzebujemy tych wszystkich bajerów?

Wracając do głównego tematu tego wpisu – warto zastanowić się, czy sam program, w którym pracujesz, a jest dostępny w nowszej wersji, nie robi tego samego, tylko inaczej lub atrakcyjniej wizualnie.

Na facebookowej grupie dla tłumaczy studentka zapytała, czy OmegaT nadaje się, jako pierwszy program typu CAT. Od razu zgromiono ją za ten wybór, polecając narzędzia za kilka tysięcy złotych. Czy do amatorskiego tłumaczenia lub korzystania po godzinach, potrzebujemy tak zaawansowanych narzędzi? Moim zdaniem, do podstawowej nauki tłumaczenia zwykłych tekstów, jak najbardziej wystarczą nawet najprostsze narzędzia – ich trzon działania (czyli „mielenie”) pamięci tłumaczeniowej jest taki sam, jak w dużych aplikacjach, a bez wielu opcji po prostu można się obyć. Co więcej, jest wielu świetnych tłumaczy, którzy do tej pory nie wyobrażają sobie innej pracy, niż w ulubionym Wordfaście czy nawet w pojedynczym pliku tekstowym, bez użycia żadnych catów.

Moim zdaniem, powinniśmy bazować przede wszystkim na własnych umiejętnościach, natomiast programy, z jakich korzystamy, traktować jako rzecz poboczną. Tłumacze z doświadczeniem zwracają bardzo mało uwagi na to, na jakich narzędziach pracują i starają się ich nie zmieniać, bo psuje to ich przyzwyczajania. Z drugiej strony, niedoświadczone osoby cały czas szukają „najlepszego” programu, który pozwoli im tłumaczyć jeden segment więcej na godzinę, a znacznie mniej, skupiają się na wartości samego tekstu. Wystarczy skupić się kilka tygodni na dobrym poznaniu jednej z aplikacji CAT, a wyciągniemy z niej znacznie więcej i będziemy mogli się z nią zaprzyjaźnić. Doskonałe poznanie jednego programu jest o wiele więcej warte niż ciągłe przeskakiwanie z aplikacji do aplikacji i narzekanie na to, że żadna z nich nie potrafi tego, czego od niej oczekujesz. Nawet proste aplikacje CAT pozwalają na skuteczną pracę, ale tylko wtedy, gdy poznamy ich ograniczenia.

3.Skorzystaj z doświadczenia programistów.

Jeśli jesteś freelancerem i pracujesz na plikach tekstowych, powinieneś poznać książkę Pragmatic Programmer, w której autorzy Andrew Hunt i David Thomas opisują, jakie cechy powinien mieć edytor tekstu. Wiele z tych zasad można przełożyć na pracę tłumacza. Przykładowo – warto nauczyć się bardzo dobrze jednego edytora i zmieniać go tylko wtedy, gdy mamy pewność, że nie spełnia on już naszych potrzeb. Twoje narzędzie pracy powinno być rozszerzalne, czyli radzić sobie w różnych projektach i pozwalać na tłumaczenie różnych typów plików, a także oferować możliwość pracy bez odrywania rąk od klawiatury w celu użycia myszki. Ta ostatnia cecha w nowych edytorach jest bardzo często pomijana, przez co tracimy mnóstwo czasu na przenoszenie dłoni z klawiatury na mysz.

Zakończenie

Tekst zacząłem nawiązaniem do literatury i tym także chcę go skończyć. George R. R. Martin stworzył swoją kultową Pieśń lodu i ognia (której filmowa adaptacja nosi tytuł „Gra o Tron”) na komputerze z systemem DOS w programie StarWriter z 1988 roku. Autor w jednym z wywiadów stwierdził, że denerwują go nowe programy do pisania, bo ciągle podkreślają błędy i poprawiają litery na duże wtedy, gdy jest to niepotrzebne. Moim zdaniem, czasem warto przesiąść się na komputer, na którym mamy zainstalowany prosty program do tłumaczeń i korzystać z zalet pracy bez rozpraszaczy.

Tę tezę potwierdzają posty na blogu rosyjskiego biura tłumaczeń Velior, w których znajdziesz mnóstwo informacji, na temat programu CAT OmegaT (który jest moim ulubionym CATem). Według autorów wpisów, większość plików tłumaczą właśnie w tym edytorze, a to dlatego, że znają go najlepiej i pracując w nim, osiągają najwyższą skuteczność. Myślę, że to podejście jest słuszne – nie zmieniamy czegoś, co świetnie nam służy.

Takie podejście może mieć także negatywne skutki – rząd traci tysiące złotych na licencje na Windows i pakiet Office, podczas gdy do pracy biurowej, świetnie nadaje się darmowy Linux i bezpłatny Libre Office.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *